Mamy nie stało się po trzech latach.
Zmarła wczesną wiosną.
Do samego ostatniego dnia Raina była obok.
Pod koniec mama nie mogła już samodzielnie połykać. Raina rozcieńczała jedzenie do płynnej postaci i karmiła ją małymi porcjami ze strzykawki bez igły.
Matka prawie nie reagowała na to, co się działo.
Tylko nadal suchymi palcami czepiała się rękawa Rainy, tak jak dawniej.
Po pogrzebie mieszkanie sprzedano dość szybko.
Pieniądze Raina i Żanna podzieliły przez adwokata.
Osobiście się nie spotkały.
Od tamtego listopadowego dnia więcej ze sobą nie rozmawiały.
Ani jednego telefonu.
Ani jednej wiadomości.
Ani jednego słowa.
Zeszłego lata Raina przypadkiem spotkała w sklepie budowlanym dawną koleżankę z klasy.
Stały przy półkach z puszkami farby, a kobieta opowiedziała, że Żanna bardzo się zmieniła.
Z firmy ją zwolniono. Przyszło nowe młode kierownictwo i zaczęło pozbywać się pracowników starszego pokolenia.
Rodziny Żanna nigdy nie założyła.
Zaczęły się poważne problemy ze stawami kolanowymi. Teraz porusza się z laską.
Zakupy zamawia z dostawą, a kurier zostawia torby pod drzwiami.
Wujek Kola i ciotka Sonia dzwonią do niej tylko raz w roku, żeby złożyć życzenia urodzinowe. Wypowiadają kilka zwyczajowych zdań i pośpiesznie kończą rozmowę.
Raina w końcu wyremontowała korytarz.
Kupiła dobre, grube tapety o fakturze przypominającej lnianą tkaninę.
Pelargonie na balkonie mocno się rozrosły i teraz zasłaniają prawie połowę okna.
Żyje spokojnie.
Nocami śpi mocno i nie budzi się już na każdy szmer, który kiedyś dochodził z sąsiedniego pokoju.
Czasem jednak, kiedy ściera kurz z ciężkiego ojcowskiego kredensu, nagle nieruchomieje.
Patrzy na swoje odbicie w szklanych drzwiczkach, za którymi równo stoją książki dziadka.
I znów wspomina tamten listopadowy dzień.
Nie usprawiedliwia się przed sobą.
Nie mówi sobie, że nie miała wyboru, choć wtedy naprawdę tak czuła.
Pamięta twarz Żanny, rozmazany tusz pod jej oczami, kremową marynarkę splamioną maścią i ciszę krewnych stojących w korytarzu.
Pamięta też matczyną dłoń, słabą i suchą, która tamtego dnia zacisnęła się na jej rękawie.
W naszym domu zawsze uważano, że porządna rodzina nie wynosi brudu na zewnątrz.
Raina przez lata prała ten brud, wynosiła go w wiadrze, zmywała z pościeli, z podłogi, z własnych rąk.
A tamtego dnia tylko raz postawiła go na środku pokoju.
Tak, żeby wszyscy wreszcie zobaczyli.