W październiku Raina prawie przestała patrzeć w lustro.
Stare wełniane spódnice wisiały na niej jak worki. Stały się za duże mniej więcej o dwa rozmiary, więc pasek musiała spinać agrafką.
U nasady włosów pojawił się szeroki siwy pas.
Mama prawie przestała mówić.
Tylko cicho mruczała i mocno chwytała Rainę za rękę, gdy ta odchodziła od łóżka do kuchenki albo łazienki.
W jeden piątek przyszła do nich kuzynka matki, ciotka Sonia.
Duża, donośna kobieta, która przez lata pracowała jako wicedyrektorka szkoły.
Przyniosła słoik malinowej konfitury. Dno było lepkie i kiedy ciotka Sonia postawiła słoik na kuchennym stole, na ceracie został czerwony, słodki ślad.
– Posłuchaj, Raiso – zaczęła. – Jednego nie rozumiem. Wczoraj byliśmy na imieninach u Mikołaja. Wasza Żanna takie przemowy wygłaszała, że tylko słuchać. Opowiadała, że opłaca opiekunki, zdobywa jakieś specjalne zagraniczne maści. Zapewniała, że co weekend siedzi z matką, żebyś ty mogła wyjść do teatru albo po prostu odpocząć.
W tej chwili Raina nalewała wrzątek do filiżanki.
Ręka jej drgnęła, woda chlusnęła na kciuk.
Skóra natychmiast zapiekła.
Z hukiem odstawiła czajnik na kuchenkę, wsunęła rękę pod kran i puściła zimną wodę.
– Naprawdę tak powiedziała? O opiekunkach? – spytała, patrząc, jak strumień opływa zaczerwieniony palec.
– Jeszcze nie ogłuchłam – prychnęła ciotka Sonia, zeskrobując paznokciem lepki ślad z ceraty. – Cała rodzina jej współczuła. Mówili, jaka Żanna jest wspaniałą córką, jak dzielnie niesie swój ciężki krzyż.
Raina nic nie odpowiedziała.
Po prostu nie wiedziała, co powiedzieć.
Po paru godzinach zadzwonił telefon.
Dzwoniła Żanna.
W tle jednostajnie brzęczało jakieś urządzenie. Pewnie frezarka do pedicure.
– Rajuszka, w tę sobotę nie dam rady przyjechać – zaśpiewała siostra. – Jestem strasznie zmęczona po raportach. Zapisałam się na cały dzień do spa, bo plecy mi się po prostu rozpadają.
Raina spojrzała na czerwone miejsce po konfiturze.
Wzięła ścierkę i zaczęła z całej siły trzeć ceratę.
– Dobrze – odparła spokojnie. – Lecz plecy. Ale za tydzień mama ma jubileusz. Kończy siedemdziesiąt pięć lat. Przyjdzie ciotka Sonia, wujek Kola z żoną, siostrzeńcy. Wszyscy zbierają się o drugiej. Musisz przyjechać.
– Oczywiście! To świętość! – Żanna natychmiast się ożywiła. – Zamówię duży tort i przywiozę mamusi piękny palantyn!
W następną sobotę Raina rozłożyła w salonie stary rozkładany stół i nakryła go rodzinnym obrusem.
Mamę posadzono u szczytu stołu w wózku inwalidzkim.
Raina założyła jej czystą flanelową bluzę, starannie rozczesała rzadkie włosy.
Matka patrzyła przed siebie mętnymi oczami.
Po brodzie powoli spływała cienka strużka śliny i Raina co chwilę musiała podchodzić do niej z serwetką.
Żanna pojawiła się ostatnia.
Miała na sobie kremowy jedwabny garnitur ze spodniami i buty na wysokich obcasach. Fryzura, makijaż – wszystko wyglądało bez zarzutu.
W jednej ręce trzymała ogromny bukiet białych róż.
W drugiej duże pudełko przewiązane złotą wstążką.
Pokój natychmiast wypełnił gęsty zapach jej drogich perfum.
Żanna rzuciła się do wózka matki i teatralnie uklękła przed nim na jedno kolano, pilnując, żeby spodnie nie dotknęły brudnych kół.
– Mamusiu! Wszystkiego najlepszego, kochana! – głos siostry zadrżał od starannie odegranych łez. – Wybacz mi, że tak rzadko przyjeżdżam! W pracy kompletnie mnie wykańczają. Ale robię wszystko dla ciebie, mamusiu! Żebyś miała najlepsze lekarstwa, najlepszą opiekę i żeby niczego ci nigdy nie brakowało!
Wujek Kola głośno wysmarkał się w chustkę w kratkę.
Ciotka Sonia zacisnęła usta, ale niczego nie skomentowała.
Żanna wstała, poprawiła klapy marynarki i zwycięsko omiotła wzrokiem krewnych siedzących przy stole.
W tej samej chwili w ciszy rozległ się charakterystyczny dźwięk.
Prawie natychmiast pokój wypełnił ciężki, nieprzyjemny zapach.
Po sytym obiedzie jelita matki zadziałały.
Nie było w tym nic niezwykłego. Takie rzeczy zdarzały się praktycznie codziennie.
Ale Żanna natychmiast odskoczyła.
Łokciem zahaczyła o kryształowy kieliszek, a ten przewrócił się na obrus.
Siostra zasłoniła usta dłonią i skrzywiła się z odrazą.
– Boże… Raju, wiedziałaś przecież, że dziś będą goście! – syknęła, cofając się do drzwi. – Nie mogłaś jej dopilnować? Tu nie da się oddychać! Natychmiast ją wywieź i zmień pieluchę, a my w tym czasie pokroimy tort!
Raina powoli odstawiła talerz na brzeg stołu.
Wytarła ręce w kuchenny ręcznik wiszący na oparciu krzesła.
Potem podeszła do wózka, ostrożnie go odwróciła i powiozła matkę do sypialni.
Żanna spróbowała przemknąć obok niej do przedpokoju, ku wieszakowi z płaszczami.
Ale Raina mocno chwyciła ją pod łokieć.
Wciągnęła ją za wózkiem do sypialni i szczelnie zamknęła drzwi.
Potem otworzyła dolną szufladę komody.
Wyjęła z niej niebieską paczkę pieluchomajtek dla dorosłych.
Słoik kremu ochronnego.
Paczkę wilgotnych chusteczek.
I z całej siły wepchnęła to wszystko Żannie w ręce.
– Raju, ty jesteś nienormalna?! – zapiszczała siostra, wypuszczając słoik z kremem na podłogę. – Jestem w czystym ubraniu! Zaraz zwymiotuję!