„Wołałbyś umrzeć oszczędnie?”
Poczuła na mnie gniewnie.
Potem, przed sobie, wystąpienie się.
W szpitalu czekaliśmy pięć godzin.
Izba przyjęć była pełna.
Jej ręka spoczywała na szylkrecie, ktoś miał jej ukraść ostatnie kartki.
W pierwszej kolejności powiadomiono:
„Powinień być na zajęciach”.
„Nadrobię zaległości”.
„Młodzi ludzie tak mówią, zanim nie nadrobią”.
Nie potwierdziłem.
Później dodała:
„Przypominasz mi młodszego syna”.
Podniosłem wzrok.
Patrzyła prosto przed siebie.
„Jaki on był?”
Uśmiechnęła się lekko, smutno.