Przez pięć lat dawałam synowej po tysiąc złotych miesięcznie na wnuka – na jedzenie, ubrania, kółka. Kiedy syn się z nią rozwiódł, zapytałam, czy mogę odwiedzać wnuka jak dawniej.
Koperta leżała na wycieraczce, biała, urzędowa, z adresem wydrukowanym czcionką tak małą, że musiałam sięgnąć po okulary. W lewym rogu logo kancelarii adwokackiej.
Nie otworzyłam jej od razu – najpierw podniosłam, obróciłam, położyłam na szafce w przedpokoju i poszłam nastawić czajnik. Dopiero kiedy herbata stygła w kubku, a ja nie mogłam już dłużej udawać, że to pewnie reklama, rozerwałam papier. Trzy strony. Nagłówek: “W imieniu mojej klientki, Natalii Kowalskiej…”
Mój wnuk miał na imię Mikołaj. Osiem lat. Lubił dinozaury, budował z klocków pojazdy, których nazw nie umiałam zapamiętać, i mówił do mnie “babciu Jadzia”.
Przez ostatnie pięć lat widywałam go co tydzień – w piątki odbierałam go z zajęć, gotowałam mu rosół, robiłam naleśniki, potem oglądaliśmy razem jakieś bajki, których fabuły nie rozumiałam, ale śmiałam się, bo on się śmiał. I co miesiąc przelewałam tysiąc złotych na konto Natalii.
Zaczęło się niewinnie, jak większość rzeczy, które potem się komplikują. Kazik – mój syn – ożenił się z Natalią, kiedy oboje mieli po dwadzieścia pięć lat. Ślub w Poznaniu, wesele w restauracji na Wildzie, siedemdziesiąt osób, tort orzechowy, który piekłam sama.
Natalia pracowała wtedy w biurze podróży przy Półwiejskiej, Kazik kończył kurs na operatora maszyn CNC. Pieniędzy nie mieli dużo, ale się kochali – a przynajmniej tak mi się wydawało, patrząc na nich z zewnątrz.
Kiedy urodził się Mikołaj, Natalia wzięła urlop macierzyński, potem wychowawczy, a potem jakoś tak wyszło, że nie wróciła do pracy. Kazik zarabiał, ale sam przyznawał, że jest ciasno. Zaproponowałam wtedy – sama, nikt mnie nie prosił – że będę co miesiąc przekazywać tysiąc złotych na Mikołaja. Nie na konto Kazika, bo wiedziałam, że pieniądze by się rozeszły po kątach. Prosto do Natalii, żeby kupowała małemu co trzeba.
Prowadzę zakład fryzjerski przy Głogowskiej od dwudziestu siedmiu lat. Mały lokal, dwa stanowiska, jedna pracownica na pół etatu. Nie zarabiam fortuny, ale po opłaceniu składek zostawało mi wystarczająco, żeby odłożyć coś dla siebie i wysyłać ten tysiąc. Przez pięć lat to dało sześćdziesiąt tysięcy złotych. Nie liczyłam – dopóki nie musiałam.
Przez pierwszy rok Natalia była wdzięczna. Dzwoniła, dziękując po każdym przelewie, wysyłała zdjęcia Mikołaja w nowych bucikach. “Proszę pani – mówiła – pani to jest anioł, nie teściowa.”