Mój chłopak nalegał, żebym brała prysznic dwa razy dziennie. Uważałam to za dziwny nawyk… dopóki nie poznałam jego matki i nie zdałam sobie sprawy, że problem nigdy nie leżał we mnie.

CZĘŚĆ 1

„Zanim dotkniesz obiadu mojej mamy, weź prysznic. Nie chcę, żeby jej dom był przesiąknięty tobą”.

Tak powiedział mi Daniel na parkingu w dzielnicy Del Valle, podczas gdy trzymałam bukiet kwiatów dla jego mamy i udawałam, że nie czuję, jak coś we mnie pęka.

Do tamtej chwili wierzyłam, że nasz związek to jedna z tych dziwnych rzeczy, które pojawiają się cicho i osadzają się w życiu, jakby zawsze tam były. Nazywam się Mariela Torres, miałam trzydzieści dwa lata, pracowałam jako koordynatorka redakcji w magazynie kulturalnym w Mexico City i byłam z Danielem Arandą, zorganizowanym, punktualnym i uważnym inżynierem budownictwa, który najwyraźniej nie potrafił podnieść głosu, przez prawie rok.

Spotkaliśmy się na lunchu z przyjaciółmi w Coyoacán. Przyszedł spóźniony, przepraszając pudełkiem słodkiego pieczywa i ostatecznie usiadł obok mnie, bo, jak powiedział, „przewodniczący go wybrał”. Tego popołudnia rozmawialiśmy o wędrówkach, starych filmach i przepisach, których żadne z nas nie umiało dobrze przyrządzić. Trzy tygodnie później w niedziele chodziliśmy po Ajusco, w środy gotowaliśmy w moim mieszkaniu i kłóciliśmy się przed telewizorem o to, czy stare filmy są lepsze, czy po prostu zrobione z większą cierpliwością.

Daniel milczał. A przynajmniej tak mu się zdawało.

Nigdy nie pytał mnie o hasła. Nigdy nie sprawdzał mojego telefonu. Nigdy na mnie nie krzyczał. Więc kiedy pewnej nocy zamknął laptopa, wziął głęboki oddech i powiedział mi, że jest „jeden szczegół”, który powstrzymuje go przed większym zaangażowaniem się we mnie, pomyślałam, że może będzie mówił o małżeństwie, dzieciach albo wspólnym zamieszkaniu.

„Ciężko mi to mówić, Mariela” – mruknął – „ale potrzebuję, żebyś brała prysznic dwa razy dziennie”.

Stałam tam z filiżanką herbaty w dłoniach.

„Słucham?”

„Nie zrozum mnie źle. To dla higieny. Jestem bardzo wrażliwa na zapachy”.

Poczułam gorąco w twarzy.

Codziennie brałam prysznic. Nosiłam czyste ubrania. Dbałam o swój wygląd. Nikt, absolutnie nikt, nigdy w życiu nie powiedział mi czegoś takiego.

„Daniel, mówisz mi, że brzydko pachnę?”

Spuścił wzrok z urażoną miną, jakby sam był ofiarą.

„Nie chcę cię skrzywdzić. Chcę tylko, żeby to zadziałało”.

A ponieważ chciałam, żeby zadziałało, zrobiłam to, co robi wiele kobiet, kiedy kochają kogoś, kto mówi cicho, a jednocześnie urzeka je swoim urokiem: zwątpiłam w siebie.

Zaczęłam wstawać wcześniej. Brałam prysznic przed pracą i ponownie przed spotkaniem z nim. Kupowałam drogie mydła, medyczne dezodoranty, kremy, subtelne perfumy, talk i chusteczki. Moja łazienka wyglądała jak apteka na lotnisku. Przestałam nosić niektóre bluzki, bo bałam się, że zrobi minę. Przestałam przytulać koleżanki z pracy. W metrze, jeśli ktoś ode mnie odchodził, serce mi się krajało.

Pewnej nocy, po prawie miesiącu, Daniel wziął mnie za rękę z nieznośną powagą.

„Nie poprawiło się”.

Powiedział to powoli.

„Masz problem z zapachem ciała”.

Nie płakałam przy nim. Zamknęłam się w łazience i wąchałam bluzkę, włosy, nadgarstki, skórę. Nic nie znalazłam. Ale to było gorsze. Bo wtedy pomyślałam, że problem może być tak głęboko zakorzeniony, że nawet go nie dostrzegam.

Moja przyjaciółka Paulina pierwsza coś podejrzewała.

„Mari, to nie jest normalne” – powiedziała mi w kawiarni w dzielnicy Roma. „Znikasz przez coś, co powiedział”.

„A co, jeśli to prawda?”

Paulina spojrzała na mnie, jakby chciała mną potrząsnąć.

„To idź do lekarza. Ale nie pozwól, żeby ten człowiek był dłużej sędzią, oskarżycielem i ekspertem od twojego ciała”.

Poszłam do dr Valerii Ríos do kliniki niedaleko Insurgentes Avenue. Opowiedziałam jej wszystko: o dwóch kąpielach, produktach, słowach Daniela, o niepokoju.

Słuchała, nie przerywając. Następnie zbadała moją skórę, historię choroby, poprzednie badania i ze spokojem, który mnie rozbrajał, powiedziała:

„Marielo, nie czuję żadnego nietypowego zapachu”.

Poprosiłam o badania. Badania krwi, hormonów, tarczycy, glukozy, cokolwiek, co mogłoby coś wyjaśnić.

Wyniki były w normie.

Wyszłam z laboratorium z teczką w ręku i pytaniem, które utknęło mi w gardle: skoro nic mi nie dolega, to dlaczego Daniel upierał się, że tak jest?

Kilka dni później zaprosił mnie na kolację do swoich rodziców.

„Moja mama chce cię poznać na poważnie” – powiedział. „To dla mnie ważne”.

Spędziłam godziny na przygotowaniach. Wzięłam dwa prysznice. Założyłam granatową sukienkę, elegancką, ale prostą. Upięłam włosy. Sprawdziłam oddech, ubrania i buty. Po drodze kupiłam kwiaty dla jego matki.

Dom rodziny Arandów znajdował się na nieskazitelnym, strzeżonym osiedlu w dzielnicy Nápoles. Czarna brama, wypielęgnowana bugenwilla, ogromne okna. Daniel zdenerwował się, gdy tylko wysiadł z samochodu. Nie wyglądał już jak mój pewny siebie chłopak, ale jak dzieciak czekający na ocenę.

Zanim zadzwonił do drzwi, odwrócił się do mnie.

„Po prawej stronie, zaraz po wejściu, jest łazienka dla gości”.

„Dlaczego mi to mówisz?”

Potem wypowiedział zdanie, które przeszyło mnie gęsią skórkę.

„Zanim dotkniesz obiadu mojej matki, weź prysznic. Nie chcę, żeby jej dom był tobą przesiąknięty”.

Drzwi otworzyły się, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

W ciepłym świetle holu pojawiła się kobieta z idealnie ufarbowanymi włosami, wąskimi ustami i promiennym uśmiechem.

„Pewnie jesteś Mar”.

„Iela” – powiedziała Leticia Aranda. „Jak miło”.

Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów. Nie jak ktoś, kto podziwia. Jak ktoś, kto ogląda owoce na targu.

Potem wyciągnęła rękę w stronę korytarza.

„Daniel opowiedział mi o twojej… sytuacji. Może się odświeżysz przed kolacją?”

Uczucie upokorzenia narastało mi w żołądku, aż do oczu.

Daniel nic nie powiedział.