„Potrzebuję minuty.”
Złapałam płaszcz i wyszłam zanim Nathan zdążył odpowiedzieć.
Chłodne powietrze musnęło mnie, rozluźniając staranny sposób, w jaki wcześniej upinałam włosy. Szłam dalej bez kierunku, po prostu zwiększając dystans między sobą a tym, co przeczytałam.
I jedna myśl pozostała ze mną, niemożliwa do odrzucenia.
Nathan już szykował się do mojej utraty… A ja właśnie obiecałam mu, że zbuduję z nim życie. Dlaczego miałby to zrobić?
Nie planując tego, znalazłem się w kościele.
Było pusto. Ale we mnie wszystko było głośne.
Usiadłem w pierwszej ławce i ponownie otworzyłem list, tym razem czytając go uważniej:
„Próbowałem być silniejszy za drugim razem… ale mi się nie udało.
Myślałem, że będę miał więcej czasu.
Nie sądzę, żebym przeżył utratę także ciebie, Mattie.
Powoli opuściłam papier, moje ręce już nie drżały, tylko stały się ciężkie.
Nie chodziło o strach, że coś mi się stanie. Chodziło o świadomość, że mój mąż już żyje tak, jakby miało się to stać.
Jak kochać kogoś, kto już cię opłakuje, zanim jeszcze zdążysz przy nim zostać?
„Nie mogę być kimś, kogo już opłakujesz, Nathan” – wyszeptałam.
Po raz pierwszy tej nocy pomyślałem o odejściu na dobre. Wtedy jakiś głos przerwał moje myśli.
„Spodziewałem się, że tu przyjdziesz.”
Odwróciłem się.
Nathan stał kilka kroków ode mnie, nie rzucił się w moją stronę, nie wyciągnął do mnie ręki – po prostu stał tam, jakby rozumiał, że ta chwila nie należy do niego.
„Dla nich też pisałeś listy?” – zapytałem. „Twoje żony… wcześniej?”
Skinął głową. „Tak.”
„Po tym, jak już odeszli?”
„Tak, Mattie.”
Przełknęłam ślinę, czując narastający strach. „Więc ja następna?”
Odpowiedzi, której się obawiałem, nie należało szukać w tym, co powiedział, lecz w tym, co już mi pokazał.
„Chodź ze mną” – powiedział.