A ja miałem klauzulę zakazującą jakichkolwiek transakcji dotyczących mieszkania bez mojej obecności.
„Więc twój nabywca” – powiedziałem, kiwając głową w stronę agenta nieruchomości – „może poszukać innej opcji.
Ta nie jest już na sprzedaż”.
Agent nieruchomości odsunął się.
„Może pójdę”.
„Vadim, porozmawiamy później”.
„Przepraszam”.
Wymknął się z mieszkania.
Zostaliśmy sami.
Vadik stał na środku pokoju z otwartą buzią jak ryba wyrzucona na brzeg.
„Co ty zrobiłeś?”
„Zniszczyłeś wszystko!”
„Mieliśmy plany!”
„Miałeś plany”.
„Ufałem ci”.
„A dzisiaj je podeptałeś”.
„Nazwałeś mnie kłodą”.
„No cóż, Vadik, powiem ci coś: drewno się pali.
A ja się poparzyłem.
Usiadł na sofie i ukrył twarz w dłoniach.
„Liouba, wybacz mi.
Po prostu mi się wymsknęło.
Nie chciałem.
Serioja mnie do tego zmusił…”
„Serioja” – powiedziałam z gorzkim uśmiechem.
„Oczywiście.
Zawsze winny jest ktoś inny.
Nie ty, która żyłaś ze mnie przez dwadzieścia cztery lata, piłaś moją herbatę, spałaś w moim łóżku i traktowałaś mnie, jakbym była tylko częścią krajobrazu”.
Zdjęłam obrączkę.
Położyłam ją na stoliku kawowym.
„Jutro składam pozew o rozwód.
Mieszkanie pozostanie moje – to spadek po mojej matce; nie masz do niego prawa”.
W tym tygodniu spakujesz swoje rzeczy.
Sam wyjaśnię sytuację Kostikowi; jest dorosły.
— Liouba…
— To bez sensu.
Nie masz pojęcia, jaka jestem teraz lekka.
Po raz pierwszy od lat nie myślę o kolacji.
Myślę o posiadaniu domu.
I o sobie.
Poszłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi.
Mój telefon zapiszczał – wiadomość od znajomego: „Jak minął dzień?”
Wpisałam odpowiedź: „Wspaniale.
Przestałam być kłodą”.
Rano obudziłam się o siódmej.
Zamiast biec zagotować Vadikowi wodę na herbatę, przeciągnęłam się, włożyłam szlafrok i poszłam zrobić kawę.
Dla siebie.
Kawę mieloną z cynamonem.
Vadik pił tylko rozpuszczalną.
Ja natomiast zawsze uwielbiałam kawę ziarnistą.
Wyszedł z pokoju, z grymasem na twarzy, i spojrzał na dżezwę w mojej dłoni.
„A co ze mną?”
„Dla ciebie, Vadik, czas znaleźć nową gospodynię.”
„Kłody czasem się budzą.”
Ująłem łyk.
Kawa była wrząca.
Ręce wciąż mi się trzęsły, a filiżanka uderzyła mnie o zęby.
Ale to była najlepsza kawa w moim życiu.
Bo zrobiłem ją tylko dla siebie.
Zadzwonił dzwonek do drzwi.
Odstawiłem filiżankę i poszedłem otworzyć.
Na progu stał Oleg Borisowicz, agent nieruchomości.
Bez serwetki, w tym samym płaszczu, ale z zażenowaną miną.
„Przepraszam, że tak wcześnie przyszedłem.
Właściwie dlatego tu jestem.
Twój mąż wspominał wczoraj, że mieszkanie jest twoje, ale nie wiedziałem…
W każdym razie chciałbym zaoferować ci swoje usługi.
Tobie, jako właścicielowi.
Jeśli kiedykolwiek zdecydujesz się coś zmienić, sprzedać lub kupić, mogę ci pomóc.
Szczerze.
Bez komplikacji.”
Zaniemówiłem.
Stałem tam, gapiąc się na niego.
Z kuchni Vadik zajrzał do środka, z wykrzywioną twarzą.
„Co ty tu robisz?” – ryknął.
„Pracuję” – odpowiedział spokojnie Oleg Borissovitch.
„Mam teraz nowego klienta”.
Podał mi swoją wizytówkę.
Wziąłem ją i obracałem w palcach.
Potem spojrzałam na Vadika, na jego bezsilną wściekłość, a potem na agenta nieruchomości z jego profesjonalnym uśmiechem.
„Wiesz, Oleg Borisowicz, pomyślę o tym.
Ale nie dzisiaj.
Dzisiaj mam plany – kupuję kota.
I może nową patelnię”.
Agent nieruchomości skinął głową, pożegnał się i wyszedł.
Vadik mruknął coś pod nosem i zniknął w sypialni.
Zamknęłam drzwi, oparłam się o nie i wybuchnęłam śmiechem.
Cichym, niemal bezgłośnym.
Po raz pierwszy od wielu lat śmiałam się rano w swoim przedpokoju.
Dopiłam kawę z uśmiechem.
I pomyślałam, że nazwę kotkę Marta.
Na pamiątkę tej, która mieszkała z nami, kiedy byłam dzieckiem, dopóki tata nie oddał jej sąsiadom – „w mieszkaniu wszędzie jest futro”.
Teraz będę miała swoją Martę.
I nikt nie powie, że owłosienie ciała jest problemem.